Paweł Antoni Baranowski; „Czy warto było...?”


Kilka słów refleksji na temat wiersza z tomiku „Dzień pocałunków” (s. 30).
Paweł Antoni Baranowski
Kanwą tego wiersza jest pozornie banalne spostrzeżenie z życia codziennego, dotyczące uprawy kwiatów ozdobnych, na przykładzie lilii.
Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie, uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą – historię i to jeszcze, nawet zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.
Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki – wziąć udział także i w dalszym spektaklu; ich usychania, „umierania”, utylizacji, bo to jest po prostu nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra i piękna; wziąć „tylko rodzynki” z tego ciasta…

Można to pytanie, ten dylemat, roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład. Przykład, ale nie przypadkowy. Zapewne, formalnie rozpatrując taki dylemat, można natychmiast stwierdzić, że jest to z pewnego określonego punktu widzenia absurdalne, bo przecież to samo można odnieść nawet do życia (materialnego), do posiadania czegokolwiek, nieruchomości, na przykład budowy domu, nawet do opieki nad psem lub kotem. Lecz przecież dla znakomitej większości ludzi to jest zawsze zaskoczeniem; od szczęśliwego dzieciństwa (tu pojęcie szczęśliwości jest względne) przez wspaniałą młodość, mającą zawsze przed sobą nieograniczone możliwości, przez pierwsze oznaki ukrytej w tym niedoskonałości, która się coraz nachalniej uwidacznia, budząc zdziwienie, zaskoczenie... 

Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko, które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz – i zje, choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał brzuszek, nieprzespana noc i dla niego i dla mamy, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy czasem tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się tu określania w tej sprawie jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem”, a więc przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy; nadużyciem, do którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego doświadczenia i opierania się na nim w przyszłości.

Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności; założeniem wynikającym przecież z doświadczenia życiowego – wynikającego z obserwacji, ze znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z dystansu”.

Jednak w tym rozważaniu nie chodzi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w postaci przepięknych kwiatów, które zdobią i zachwycają, o których mówił Jezus; „Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną: nie pracują, nie przędą. A powiadam wam, że nawet Salomon we własnej chwale swojej nie był tak przybrany jako jedna z nich” – więc to sadzenie lilii jest czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu „nadużycia”, a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je, czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego  przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota śmierci i spustoszenia nie budzi radości… Jezus mówił to zresztą dla uzasadnienia swojej zachęty do pewnej rezygnacji i samoograniczania – kierowanej do Uczniów, a przez nich i do nas.
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…

Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady, znudzenia, rozpadu, rozstania…?
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia, odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w świecie materialnym.

Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem „szkoły” czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować, pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego nieskończonego istnienia w świecie duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane ma nam służyć, jest nam dedykowane albo wręcz „zadane”celowo i należy nauczyć się to dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć. Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja przekonuje nas, że można na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi decyzjami i postępowaniem, nienarażających się głupio na zawody, dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania czy chciwości.

Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad, które by im niczego nie zabraniały, a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej samolubne, egoistyczne przekonanie. Jak jednak pisał Apostoł Jan w swoim liście, to co jest „doczesne” w świecie, nie pochodzi od Boga, ale od świata (jest wymysłem ludzkim) a świat szybko przemija – razem z tą swoją doczesnością. Lilie w naszej cywilizacji łacińskiej symbolizują czystość intencji, szczerość, niewinność; podarowane kobiecie przez mężczyznę w akcie tak zwanych zaręczyn są symbolem „poważnych zamiarów” wobec niej. Może to miał na myśli autor tego wiersza, pytając — „czy warto”? To pytanie byłoby wówczas inspirowane jakimś doznanym zawodem, stawiającym pod znakiem zapytania tę symbolikę. A może jeszcze ogólniej; to pytanie o skutek zderzenia ideału z rzeczywistością; niestety zderzenia kończącego się zazwyczaj klęską ideału.
Może to jest propozycja czy nawet wezwanie do pewnego samoograniczenia, które w tym wypadku należałoby utożsamiać z mądrością. Można zrezygnować z hodowli kwiatów nietrwałych, ale nie można przecież rezygnować z życia, tylko dlatego, że jest ono z natury i w sposób bezwzględny przemijalne. Że ma swoje etapy, pod koniec nieraz bardzo trudne. Ale można przecież mieć na to wpływ, jakoś tym sterować. Układać życie, małżeństwo, przyjaźnie. Jest jednak różnica, gdy ktoś rzuca się w każde oczarowanie czy miłostkę jak właśnie wspomniane wcześniej łakome dziecko na ptysie, w porównaniu z życiem opanowanym, według pewnych dobrych zasad, które ograniczają, choćby i tych, jakie można znaleźć w Ewangelii.
Ale na koniec — perspektywa prawdziwego, gorącego uczucia zmienia wszystko. Jeśli oczywiście mowa o miłości w jej pełni, zbliżonej do jej charakterystyki, jaką przedstawił Paweł z Tarsu w swoim liście, we fragmencie zwanym "Hymn o miłości", mówiącym o wyższości miłości nad wiarą i nadzieją.  Miłość porównana do "lilii wyrosłych w sercu" nie podlega kryteriom opłacalności, logiki, sensu rozumianego prakseologicznie. W tym wypadku oczywiście nie pytamy —"czy warto", bo jest ona sensem samoistnym, sensem samym w sobie. Zresztą taka miłość, takie "lilie wyrosłe w sercu" nie muszą podlegać tym zjawiskom, jakie nieodwołalnie dotyczą lilii rozumianych dosłownie, materialnie. Jak pisze Paweł: Miłość wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje.


Dnia 3 stycznia 2024 roku
Paweł Antoni Baranowski,

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Paweł Antoni Baranowski; "Dzień pocałunków" - próba powrotu do uczuciowości i estetyki poezji romantycznej.

Paweł Antoni Baranowski; Ta chwila...