Jak powstają wiersze: przykład: „Jak gwiazda nadziei”
Bywa, że nawet banalne zdarzenie może się stać źródłem pomysłu na wiersz, a dokładniej – na sposób opisania czy choćby tylko wyrażenia uczuć, rozterek, emocji, sposób będący jakąś interpretacją rzeczywistości, nawet tej nie do końca uświadomionej.
Kiedyś, już po zimowym, wczesnym zmierzchu, zaskoczył mnie w domu nagły zanik zasilania, skutkujący oczywiście brakiem oświetlenia wewnętrznego w tym domu i kilku sąsiednich willach; nagłą ciemnością w pokoju. A stałem w tym momencie przed oknem wychodzącym na duże ogrody, położone na zapleczu domów w willowej zabytkowej dzielnicy miasta. Akurat miałem zaciągnąć zasłonę w oknie, więc niespodziewanie znalazłem się w ciemności, stojąc tuż przy oknie, i tak stojąc – zamarłem z wrażenia, zaskoczony niesamowitym widokiem, jaki ujrzałem za oknem.
Zaskoczenie wynikało z tego, że nigdy wcześniej nie wyglądałem po zmroku na puste i ciemne ogrody.
Tym razem jednak ten widok zachwycił mnie; niebo już całkiem ciemne w zenicie, ale wyraźnie jeszcze rozjaśnione tuż nad horyzontem poświatą Słońca, które już co prawda zaszło całkowicie, ale jeszcze dawało jakby łunę nad dachem widocznego w oddali domu. Drzewa i rośliny ogrodowe także gdzieniegdzie rozjaśnione były odblaskiem pobliskich lamp ulicznych, na szczęście działających, co zapobiegało niemiłemu wrażeniu całkowitej ciemności. Niebo było czyste, jeśli nie liczyć kilku niewielkich białawych obłoczków szybko przesuwających się po niebie, widocznie pchanych ogromnym wichrem gdzieś tam, na dużej wysokości, gdzie były, a nad zarysem dachu i kominów widocznego w pobliżu domu wschodziła właśnie Wenus, owa słynna Gwiazda Nadziei, Gwiazda Opatrzności, drogowskaz dla żeglarzy, Gwiazda Wieczorna – widoczna także często o świcie i dlatego zwana także Gwiazdą Poranną.
Wenus bywa bardzo jasna, w zależności od fazy cyklu jej ruchu wokół Słońca i odległości od naszej planety; stałem tak dłuższą chwilę wpatrując się w jej niebieskawe światło, nie wiedzieć czemu przekonany, że to nie może być "taki sobie" przypadek; że to jest dla mnie istotne, ale wymaga zrozumienia.
Zajęty ważnymi sprawami, wyjazdem służbowym do Niemiec, po kilku dniach przypomniałem sobie o tym niesamowitym widoku i o podobnej porze znowu wyjrzałem przez to samo okno. Pomimo braku tym razem awarii oświetlenia, ujrzałem... dokładnie taki sam widok. Ale to niemożliwe!; gwiazdy czy planety nie tkwią tak w jednym miejscu, bo zarówno "tu" jak i „tam” wszystko jest w nieustannym ruchu.
Wizja lokalna następnego dnia rano natychmiast wyjaśniła tę zagadkę: na dachu tamtego domu zamontowano nową osłonę wentylacji, wykonaną z polerowanej blachy nierdzewnej. Odbijała ona po zmroku światło pobliskiej bardzo jasnej lampy sodowej oświetlającej teren garaży, w taki sposób, że to odbicie trafiało właśnie dokładnie do mnie, w to konkretnie okno, tak — jak „zajączek” słoneczny puszczany małym lusterkiem; taka zabawa z dzieciństwa...
Chyba jednak nie był to przypadek, bo miało to oczywiste odniesienia do rzeczywistości, do prawdziwych myśli, uczuć i rozterek. Mam nadzieję, że zrozumiałe jest dla czytelnika to, iż nie opisuję tutaj tych rzeczywistych osobistych spraw, problemów i uczuć, jakie przeżywałem w tamtym czasie, bo byłoby to zbyt osobiste, ale chodzi raczej o oddziaływania zewnętrzne, jakie sami wywołujemy swoim stanem psychicznym i w jaki sposób je odbieramy.
W ten właśnie sposób powstał taki wiersz:
Kiedyś, już po zimowym, wczesnym zmierzchu, zaskoczył mnie w domu nagły zanik zasilania, skutkujący oczywiście brakiem oświetlenia wewnętrznego w tym domu i kilku sąsiednich willach; nagłą ciemnością w pokoju. A stałem w tym momencie przed oknem wychodzącym na duże ogrody, położone na zapleczu domów w willowej zabytkowej dzielnicy miasta. Akurat miałem zaciągnąć zasłonę w oknie, więc niespodziewanie znalazłem się w ciemności, stojąc tuż przy oknie, i tak stojąc – zamarłem z wrażenia, zaskoczony niesamowitym widokiem, jaki ujrzałem za oknem.
Zaskoczenie wynikało z tego, że nigdy wcześniej nie wyglądałem po zmroku na puste i ciemne ogrody.
Tym razem jednak ten widok zachwycił mnie; niebo już całkiem ciemne w zenicie, ale wyraźnie jeszcze rozjaśnione tuż nad horyzontem poświatą Słońca, które już co prawda zaszło całkowicie, ale jeszcze dawało jakby łunę nad dachem widocznego w oddali domu. Drzewa i rośliny ogrodowe także gdzieniegdzie rozjaśnione były odblaskiem pobliskich lamp ulicznych, na szczęście działających, co zapobiegało niemiłemu wrażeniu całkowitej ciemności. Niebo było czyste, jeśli nie liczyć kilku niewielkich białawych obłoczków szybko przesuwających się po niebie, widocznie pchanych ogromnym wichrem gdzieś tam, na dużej wysokości, gdzie były, a nad zarysem dachu i kominów widocznego w pobliżu domu wschodziła właśnie Wenus, owa słynna Gwiazda Nadziei, Gwiazda Opatrzności, drogowskaz dla żeglarzy, Gwiazda Wieczorna – widoczna także często o świcie i dlatego zwana także Gwiazdą Poranną.
Wenus bywa bardzo jasna, w zależności od fazy cyklu jej ruchu wokół Słońca i odległości od naszej planety; stałem tak dłuższą chwilę wpatrując się w jej niebieskawe światło, nie wiedzieć czemu przekonany, że to nie może być "taki sobie" przypadek; że to jest dla mnie istotne, ale wymaga zrozumienia.
Zajęty ważnymi sprawami, wyjazdem służbowym do Niemiec, po kilku dniach przypomniałem sobie o tym niesamowitym widoku i o podobnej porze znowu wyjrzałem przez to samo okno. Pomimo braku tym razem awarii oświetlenia, ujrzałem... dokładnie taki sam widok. Ale to niemożliwe!; gwiazdy czy planety nie tkwią tak w jednym miejscu, bo zarówno "tu" jak i „tam” wszystko jest w nieustannym ruchu.
Wizja lokalna następnego dnia rano natychmiast wyjaśniła tę zagadkę: na dachu tamtego domu zamontowano nową osłonę wentylacji, wykonaną z polerowanej blachy nierdzewnej. Odbijała ona po zmroku światło pobliskiej bardzo jasnej lampy sodowej oświetlającej teren garaży, w taki sposób, że to odbicie trafiało właśnie dokładnie do mnie, w to konkretnie okno, tak — jak „zajączek” słoneczny puszczany małym lusterkiem; taka zabawa z dzieciństwa...
Chyba jednak nie był to przypadek, bo miało to oczywiste odniesienia do rzeczywistości, do prawdziwych myśli, uczuć i rozterek. Mam nadzieję, że zrozumiałe jest dla czytelnika to, iż nie opisuję tutaj tych rzeczywistych osobistych spraw, problemów i uczuć, jakie przeżywałem w tamtym czasie, bo byłoby to zbyt osobiste, ale chodzi raczej o oddziaływania zewnętrzne, jakie sami wywołujemy swoim stanem psychicznym i w jaki sposób je odbieramy.
W ten właśnie sposób powstał taki wiersz:
Jak gwiazda nadziei
Była jak promień światła cudowny.
Iskra czarowna, co – przed mym oknem
wschodząc co wieczór nad dachu skrajem,
ze snu wiecznego zbudziła wiarę.
Co noc mi nową dając nadzieję,
żal łagodziła błękitnym blaskiem,
a rozpalała żądzy ognisko,
aby przed świtem... podeptać wszystko!
Już nie wiem, ile razy umarłem
w tej tragifarsie niezrozumienia.
Ile przyrzeczeń i praw złamałem,
walcząc o prawo do zapomnienia.
Wielkie to było rozczarowanie,
gdy zrozumiałem – po jakimś czasie,
że to nie żadna Nadziei Gwiazda,
tylko ...banalne odbicie światła
w blaszanej rynnie, gdzieś – na kominie,
nie Wenus, Jutrzni, Gwiazdy Wieczornej,
ale – pobliskiej lampy publicznej.
Z nią rozmawiałem przez wiele nocy,
mówiłem wiersze i snułem plany.
Żarówka – była pocieszycielką!
Słałem modlitwy w stronę... latarni!
Bez rezultatu!: Bez zmiłowania
zimno błyszczała rynna blaszana.
Ale właściwie – nikt nie jest winien.
Takie są zwykle własności... rynien!
Cierpiąc tak, ciągle myślami błądzę,
i w samotności pytam sam siebie:
Czy była ona – bo dziś już nie wiem;
Fatalną – Złudnej Nadziei gwiazdą?
Czy może raczej – wszystko przeze mnie!
Wszystko to moją było pomyłką.
Naprawdę... nie wiem...
Iskra czarowna, co – przed mym oknem
wschodząc co wieczór nad dachu skrajem,
ze snu wiecznego zbudziła wiarę.
Co noc mi nową dając nadzieję,
żal łagodziła błękitnym blaskiem,
a rozpalała żądzy ognisko,
aby przed świtem... podeptać wszystko!
Już nie wiem, ile razy umarłem
w tej tragifarsie niezrozumienia.
Ile przyrzeczeń i praw złamałem,
walcząc o prawo do zapomnienia.
Wielkie to było rozczarowanie,
gdy zrozumiałem – po jakimś czasie,
że to nie żadna Nadziei Gwiazda,
tylko ...banalne odbicie światła
w blaszanej rynnie, gdzieś – na kominie,
nie Wenus, Jutrzni, Gwiazdy Wieczornej,
ale – pobliskiej lampy publicznej.
Z nią rozmawiałem przez wiele nocy,
mówiłem wiersze i snułem plany.
Żarówka – była pocieszycielką!
Słałem modlitwy w stronę... latarni!
Bez rezultatu!: Bez zmiłowania
zimno błyszczała rynna blaszana.
Ale właściwie – nikt nie jest winien.
Takie są zwykle własności... rynien!
Cierpiąc tak, ciągle myślami błądzę,
i w samotności pytam sam siebie:
Czy była ona – bo dziś już nie wiem;
Fatalną – Złudnej Nadziei gwiazdą?
Czy może raczej – wszystko przeze mnie!
Wszystko to moją było pomyłką.
Naprawdę... nie wiem...
Paweł Antoni Baranowski 2005

Komentarze
Prześlij komentarz