Paweł Antoni Baranowski; „Ulica pamięci”
Ulica pamięci Kiedy już prawie zasypiam – cicho do snu mi szeleszczą liście ogromnych kasztanów, a wiatr niesie zapach dymu ogrodowego ogniska i rozmnażają się gwiazdy odblaskiem mokrych dachówek... Poświata srebrna Księżyca jest chyba nazbyt nieśmiała, aby przeniknąć gęstwinę zwarty parawan gałęzi, dlatego – nie oświetlając ciemnego wnętrza tunelu w koronach drzew nad ulicą – układa przyjemne cienie, smoliste i wibrujące na dachach starych kamienic, roziskrzając brzegi liści tylko na górnych gałązkach. Gazowe, stare latarnie też z wytężenia aż szumią, aby oświetlić choć dziury w kamiennych płytach chodnika, lecz ten daremny wysiłek odstraszyć może jedynie przechadzające się koty, nieszczęśliwie zakochane, z desperacji całkiem czarne, poszukujące półmroku. Księżyc – trochę zawstydzony, że nie jest tu najważniejszy – tworzy dziwaczne odblaski, tańczące mroki i światła na zasłonowej tkaninie, jak w chińskim teatrze cieni, a śpiące...