Coś o mnie; „Ulica mojego dzieciństwa”
Jak pisał Stefan Żeromski, każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie i jest to ojczyzna duszy. Ojczyzna duszy; to bardzo trafne określenie. To miejsce, które nas kształtuje i na zawsze pozostaje w naszej pamięci. Ja też mam takie miejsce; to ulica mojego dzieciństwa.
To niewielka, bardzo dziwna ulica. Kiedy powstawała pod koniec XVIII wieku — była na ówczesnych przedmieściach, czyli poza miastem, w razem z nią powstającej dzielnicy, nazwanej Westend. Urodziłem się w kamienicy w części ulicy należącej do Pogodna. Urodziłem się właśnie w kamienicy, w mieszkaniu na piętrze, mimo iż do szpitala nie było daleko, a to dlatego, że strasznie mi było spieszno na ten świat. Kiedy się urodziłem zupełnie niespodziewanie i dzięki doświadczonej położnej doszedłem jakoś do siebie, okazało się, że coś nie jest w porządku z moimi biodrami, ale dawne akuszerki miały swoje sposoby; zostałem potraktowany niczym jakaś koszula, którą się po wyżęciu mocno strzepuje dla wyprostowania i już. Akuszerka przychodziła potem kilka tygodni, a ja leżałem sobie i uśmiechałem się – tak ogólnie, do wszystkiego. Już wtedy podobno zdaniem wszystkich sąsiadek wyglądałem jak aniołek z blond loczkami i promienistym uśmiechem... co zostało określone przez tę akuszerkę zaszczytnym porównaniem: "...śliczniutki niczym dzieciątko Jezus...". Ech...
Nazwałem ulicę "dziwną", bo było to jakby miejsce zapomniane przez władze miasta a szczególnie przez wydział inwestycji i remontów. Miejsce zapomniane przez ludzi, ale nie przez Boga. Coś jakby skansen lub muzealny wręcz wycinek historycznego fragmentu miasta, pozostawiony w spokoju na powojenne ćwierćwiecze; mała uliczka zagubiona wśród dawnych dóbr wielkiego przedsiębiorcy i opiekuna ludzi pracy – kapitalisty i filantropa Johannesa von Quistorp, obok jego domu rodzinnego, wybudowanego w 1873 roku. Nie znam przedwojennej historii mojego domu, ale nie jest wykluczone, że ostatnia droga tego wielkiego Obywatela miasta przebiegła pod moimi oknami, dużo wcześniej oczywiście niż ja zacząłem przez nie wyglądać na ten świat. A pochowano go nieco dalej, za wylotem tej mojej ulicy, na terenie przez niego stworzonego wielkiego i nowoczesnego jak na owe czasy kompleksu opiekuńczo-leczniczego.
Uliczka miała przez środek drogę dla pojazdów, brukowaną granitowymi otoczakami, czyli tak zwanymi „kocimi łbami” w taki sposób, że środek drogi był nieco wzniesiony, a opadała ona łagodnymi łukami na boki, pewnie dla odprowadzenia deszczówki. Po obu stronach miała chodniki wykładane dużymi płytami skandynawskiego granitu, a pas wzdłuż kamiennego krawężnika jezdni oraz wzdłuż posesji – wykładany był drobną kostką kamienną w półkolisty, jakby "gotycki" wzorek, następnie były niskie murki z osadzonym na nich kutym, metalowym i bardzo ozdobnym ogrodzeniem, za nim niewielkie ogródki a może raczej kwietniki przed domami. Za nimi także były – większe już tym razem ogrody należące do poszczególnych mieszkańców, z drzewami owocowymi, krzewami i grządkami. Blisko, lecz po przeciwnej stronie ulicy pozostały ruiny jedynego zburzonego domu, który nie został jeszcze wówczas odbudowany i w niebezpieczny sposób przyciągał wszystkie okoliczne dzieciaki. Prócz tego wiele nieużytków, podwórek, parkanów i przejść tworzyło klimat trochę jakby z powieści o przygodach Toma Soyera... nawet Czerwoni też tam kręcili, choć chyba nie Indianie. Na krawędzi chodnika w dość niewielkiej odległości od siebie były umiejscowione ozdobne i czynne, używane cały czas latarnie gazowe. W połowie drogi były dwie wodne duże pompy ręczne, będąca źródłem wody pitnej z głębinowego ujęcia na wypadek awarii wodociągu. Miały one postać dość wysokiej, bardzo ozdobnej, żeliwnej kolumny z dużą dźwignią do pompowania i wypływem wody w formie smoczej paszczy, były wykonane z ozdobnego odlewu żeliwnego pomalowanego wówczas jeszcze na zielono, z herbem Miasta – Gryfem Pomorskim, widocznym z każdej strony. Tak było do roku 1970/71, gdy wszystko się nagle zmieniło...
Prócz latarni, obie strony drogi dla pojazdów obsadzone były ogromnymi drzewami, zapewne co najmniej stuletnimi, które swymi koronami tworzyły nad jezdnią jakby tunel o wysokim, półokrągłym sklepieniu, oczywiście z drugiej strony tworząc także baldachim nad chodnikiem. Latarnie gazowe zapalała „dyżurna” pani w obcisłych spodniach i kurtce, jeżdżąca na starym rowerze, ze sporą zapalniczką benzynową i dość długą tyczką drewnianą prawie trzymetrowej długości. Była chyba dumna ze swojego zadania, może lubiła swoją pracę i zapewne – jak wszystkie panie w okolicy – lubiła dzieci, więc pozwalała przyglądać się na swoje dzieło, z czego i ja skwapliwie korzystałem.
Otóż tyczka miała na końcu metalową obsadkę, jakby lampkę oliwną z knotem sznurkowym, a obok niego – niewielki wystający haczyk. Pani zapalała knot benzynową zapalniczką, po czym unosiła tyczkę w stronę klosza latarni w którym były odpowiednie żarniki, haczykiem przesuwała małą dźwignię pod kloszem obok tychże żarników – włączając w ten sposób dopływ gazu do lampy i palącym się knotem zapalała gaz. Następnie szybko opuszczała tyczkę, gasiła knot i wsiadała na swój poniemiecki stary rower – jadąc do następnej latarni i tak przez całą ulicę po jednej jej stronie, a wracając – po drugiej. Maluchy przyglądały się jej jak urzeczone, a ona najwyraźniej bardzo to lubiła. Zapalona latarnia gazowa miło szumiała, dając raczej niewiele światła i to jasnego jedynie w promieniu 2 – 3 metrów, ale ogólnie oświetlenie to pozwalało przejść swobodnie chodnikiem do domu nawet w bezksiężycową noc, tym bardziej że świeciły i światła z okien i lampy elektryczne zamontowane już wtedy nad wejściami do kamienic. Za to przy pełni księżyca, jego światło płynnie łączyło się ze światłem gazowych latarni, dając efekt nie do zapomnienia.
W naszym ogrodzie na zapleczu domu rosła stara jabłoń, szczepiona przez dawnego lokatora lub może właściciela, widocznie ogrodnika z zawodu lub zamiłowania, dająca owoce o niezwykle oryginalnym, niepowtarzalnym smaku i zapachu powstałym z połączenia różnych odmian. Drugim niezapomnianym zapachem był dym palonych chwastów zbieranych nie tylko jesienią na tych ogrodach i snujący się czasem po okolicy, niezwykle charakterystyczny i wcale nie przykry zapach, który czasami da się jeszcze teraz spotkać na przydomowych ogródkach. Zawsze będzie mi przypominał dzieciństwo i tę ulicę...
Efektem takiej nawierzchni drogi było zapewne to, że kierowcy samochodów osobowych, wówczas już marki FSO Warszawa, bardzo rzadko przejeżdżali tamtędy, bojąc się pewnie o zawieszenia i resory, a jeśli już musieli – to były to taksówki miejskie marki Warszawa. Samochody większe także prawie tam nie jeździły, węgiel do ogrzewania domów dostarczał pewien starszy jegomość, podjeżdżając wozem konnym pod poszczególne domy, można także było iść z wiaderkiem do składu tak zwanego "węglarza" przy pobliskiej ulicy, który sprzedawał węgiel – najczęściej w postaci brykietu – w mniejszych ilościach, np. wiaderko... Przejazd samochodu tą ulicą był więc ewenementem i może dzięki temu panowała tam cisza, a w nocy – cisza wręcz dzwoniąca cichutko w uszach. Rodzice czasami wychodzili gdzieś razem i przykazywali nam o odpowiedniej godzinie iść spać samodzielnie, ale my – oczywiście baraszkowaliśmy niemalże do samego ich powrotu, mając pewność, że odgłosy tegoż powrotu odpowiednio wcześnie nas ostrzegą. Nocą przy zamkniętych oknach z łatwością można było usłyszeć, kiedy podjeżdża taksówka, kiedy zatrzaskują się jej drzwiczki i pojazd rusza, odjeżdża; potem – usłyszeć niezwykle charakterystyczny odgłos stuku pantofelków – szpileczek Mamy na kamiennych płytach chodnika, następnie na ścieżce do wejścia; wtedy oczywiście już wszyscy byliśmy w łóżeczkach, a światło było zgaszone. Zgrzyt zamka otwieranych drzwi... i wreszcie ostatnim dźwiękiem jaki słyszałem, był głos Mamy zaglądającej do pokoju i szepczącej do Ojca: no widzisz, jak ładnie śpią, a ty się tak martwiłeś... po czym – już bezpieczny i zmęczony – zazwyczaj faktycznie natychmiast zasypiałem.
Wieczorami z dwóch stron rozlegały się dzwony pobliskich kościołów, łączące się ze zmierzchem i zapalającymi się w oknach światłami. Ten obraz utkwił mi w pamięci na zawsze: zmierzch, szybko ciemniejący granat nieba, dzwon-sygnaturka z dawnego kościoła protestanckiego a obecnie już katolickiego oraz dzwony położonej na przeciwnym końcu ulicy Cerkwi Prawosławnej; na jej kopule jednocześnie zapalały się i gasły światełka podświetlające wielki prawosławny krzyż. Z zapadającym zmierzchem jaśniały kolorowe prostokąty okien, zasłoniętych różnokolorowymi zasłonkami, podświetlonymi od wewnątrz zapalonym w mieszkaniach światłem...
Czasem przyjeżdżał też Pan Ślusarz. Piszę „przyjeżdżał”, choć może raczej przychodził ...? No powiedzmy: przybywał – a problem w tym jak nazwać sposób poruszania się jego warsztatu pracy. Było to coś w rodzaju szafki na taczkach z dwoma kółkami z przodu a dwiema sporymi „rączkami” z tyłu za które – unosząc lekko i podjeżdżając do przodu, fachowiec przemieszczał swoje urządzenie, warsztat. A na wierzchu było imadełko i tarcza szlifierska napędzana mechanizmem nożnym jak to kiedyś w starych maszynach do szycia Singer bywało. Pan ślusarz podjeżdżał w ten sposób pod dom i uderzał kilkakrotnie młoteczkiem w zawieszoną tam sztabkę stali z jakiegoś złamanego resoru oraz wołał głośno: „noże ostrzę, nożyczki...”, „noże ostrzę, nożyczki”... Mamy wówczas wysyłały do niego dzieci ze „sprzętem” do naostrzenia i kilkoma drobnymi monetami a dzieciaki obserwowały bacznie, jak Pan ślusarz ostrzy nożyczki, a przy okazji sprawdzi, posmaruje – gdzie trzeba, dokręci śrubkę... i podjedzie do kolejnych domów, skąd dobiegał coraz cichszy ten odgłos dzwonienia i jego „zawołanie”.
Blisko był Park, w którym spędzałem czas po szkole, w którym starszy brat wsadził mnie kiedyś po raz pierwszy na wielki niemiecki rower „Mifa” i popchnął... a dalej radź sobie sam... Wielki i piękny park podarowany niegdyś przez właściciela Johannesa von Quistorp mieszkańcom miasta. Park, w którym odbywały się też lekcje szkolne; nie tylko przyrody, biologii, ale i plastyki, rysunku, a także czasami nawet wychowania fizycznego, mimo że szkoła miała własne boisko
Świat w przeciwnym kierunku znany był natomiast głównie co do rozlokowania sklepów, w których Mama kazała robić zakupy – w ramach obowiązków domowych. Był tam sklep spożywczy "Robotnik", cukiernia pana Olejnika lub nieco dalej Pana Kamińskiego, wspomniany już punkt "U węglarza" - gdzie się kupowało węgiel na kilogramy, oczywiście "Społem", a przy sąsiedniej ulicy, a właściwie prawie na rogu – sklep warzywny w przyziemiu, w którym kupowało się większość warzyw i owoców, ale przede wszystkim było tam coś dla nas: lizaki, kolorowe groszki, oranżada w proszku, landrynki, kukułki, białe i szare myszki z twardej galaretki obtoczone w cukrze, a także kruche ciasteczka, które nazywaliśmy „klawiszami” – od ich niezwykłego podobieństwa do klawiszy naszego pianina. Właścicielka, osoba dość – jak byśmy dziś powiedzieli – puszysta, też chyba lubiła dzieci, podobnie jak i inna pani, z baru „mlecznego” tuż przy szkole, więc cierpliwie i niezbyt chyba dokładnie liczyła ściskane w dziecięcych rączkach groszaki – tak aby zawsze wyszło na to, że jest odpowiednia „kwota” i należy się „klientowi” lizak lub landrynki... troszkę chyba do tego dokładała... kiedyś jednak wychodząc ze swojego sklepu, zobaczyła na środku jezdni przerażone dzieci idące właśnie do niej i pędzącą na nie wielką ciężarówkę "Star" – z cementem, wiec niewiele myśląc wybiegła na jezdnię i w ostatnim ułamku sekundy wypchnęła dzieci sprzed maski samochodu, sama zostając na ich miejscu...
W barze mlecznym przy szkole także zawsze na długiej przerwie można było dostać kubek gorącego mleka. Były to półlitrowe masywne, wysokie i rozszerzające się ku górze, białe porcelitowe lub fajansowe ciężkie "kubasy" o grubych ściankach – dobrze trzymające ciepło. Kosztowała taka porcja gorącego mleka chyba 50 groszy, ale jak dziecko miało mniej – także najczęściej nie odchodziło od lady bez kubka gorącego mleka... czas dochodzenia do normalności, skutkując wyżem demograficznym – sprzyjał powszechnym postawom opiekuńczym wobec dzieci i dopiero "komuna" zniweczyła to pozytywne zjawisko. Powszechnie spotykana miłość do dzieci, do wszystkich dzieci – nie tylko "swoich", odruch opieki i pomocy wobec każdego dziecka, nieobojętność – były pewnie naturalną reakcją po zakończonej przecież niedawno, ale wciąż wspominanej wojnie.
Ulica stawała się miejscem spotkań towarzyskich sąsiadów o północy w chwili, gdy przychodził nowy rok, bywała teatrem zmagań małych Indian i kowbojów z pobliskich domów, tajemniczych wybuchów petard lub kanonady z "korkowców" jak nazywano rewolwery do zabawy strzelające ze specjalnych kapiszonów. Była miejscem pierwszych magicznych doświadczeń fotograficznych w ciemni urządzonej w łazience jednego z chłopców, gdy zauroczeni "fotografowie" wpatrywali się w pierwsze ślady obrazu "cudownie" powstającego na papierze fotograficznym zanurzonym w wanience z wywoływaczem, albo miejscem fascynującego poszukiwania tego jedynego najlepszego punktu, w którym igła detektora germanowego dawała najlepszy dźwięk amatorskiego, własnoręcznie wykonanego radioodbiornika długofalowego na stację Warszawa I. Moja ulica trwała tak przez całe dzieciństwo niezmieniona, jakby magiczne, zaklęte miejsce poza czasem i historią – aż do roku 1971, gdy dzięki „Gierkowskim” pożyczkom znalazły się pieniądze na inwestycje. Wtedy stare drzewa wycięto, a na ich miejsce posadzono młode sadzonki, latarnie zastąpiono elektrycznymi, wylano asfalt... tak skończyło się moje dzieciństwo, ale rozpoczął okres nie mniej ciekawy, choć już w innym miejscu naszego Miasta. W mojej pamięci na zawsze jednak pozostanie tamta cicha, spokojna ulica mojego dzieciństwa. Ulica szczęśliwa. Ojczyzna duszy.
Paweł Antoni Baranowski 2003
To niewielka, bardzo dziwna ulica. Kiedy powstawała pod koniec XVIII wieku — była na ówczesnych przedmieściach, czyli poza miastem, w razem z nią powstającej dzielnicy, nazwanej Westend. Urodziłem się w kamienicy w części ulicy należącej do Pogodna. Urodziłem się właśnie w kamienicy, w mieszkaniu na piętrze, mimo iż do szpitala nie było daleko, a to dlatego, że strasznie mi było spieszno na ten świat. Kiedy się urodziłem zupełnie niespodziewanie i dzięki doświadczonej położnej doszedłem jakoś do siebie, okazało się, że coś nie jest w porządku z moimi biodrami, ale dawne akuszerki miały swoje sposoby; zostałem potraktowany niczym jakaś koszula, którą się po wyżęciu mocno strzepuje dla wyprostowania i już. Akuszerka przychodziła potem kilka tygodni, a ja leżałem sobie i uśmiechałem się – tak ogólnie, do wszystkiego. Już wtedy podobno zdaniem wszystkich sąsiadek wyglądałem jak aniołek z blond loczkami i promienistym uśmiechem... co zostało określone przez tę akuszerkę zaszczytnym porównaniem: "...śliczniutki niczym dzieciątko Jezus...". Ech...
Nazwałem ulicę "dziwną", bo było to jakby miejsce zapomniane przez władze miasta a szczególnie przez wydział inwestycji i remontów. Miejsce zapomniane przez ludzi, ale nie przez Boga. Coś jakby skansen lub muzealny wręcz wycinek historycznego fragmentu miasta, pozostawiony w spokoju na powojenne ćwierćwiecze; mała uliczka zagubiona wśród dawnych dóbr wielkiego przedsiębiorcy i opiekuna ludzi pracy – kapitalisty i filantropa Johannesa von Quistorp, obok jego domu rodzinnego, wybudowanego w 1873 roku. Nie znam przedwojennej historii mojego domu, ale nie jest wykluczone, że ostatnia droga tego wielkiego Obywatela miasta przebiegła pod moimi oknami, dużo wcześniej oczywiście niż ja zacząłem przez nie wyglądać na ten świat. A pochowano go nieco dalej, za wylotem tej mojej ulicy, na terenie przez niego stworzonego wielkiego i nowoczesnego jak na owe czasy kompleksu opiekuńczo-leczniczego.
Uliczka miała przez środek drogę dla pojazdów, brukowaną granitowymi otoczakami, czyli tak zwanymi „kocimi łbami” w taki sposób, że środek drogi był nieco wzniesiony, a opadała ona łagodnymi łukami na boki, pewnie dla odprowadzenia deszczówki. Po obu stronach miała chodniki wykładane dużymi płytami skandynawskiego granitu, a pas wzdłuż kamiennego krawężnika jezdni oraz wzdłuż posesji – wykładany był drobną kostką kamienną w półkolisty, jakby "gotycki" wzorek, następnie były niskie murki z osadzonym na nich kutym, metalowym i bardzo ozdobnym ogrodzeniem, za nim niewielkie ogródki a może raczej kwietniki przed domami. Za nimi także były – większe już tym razem ogrody należące do poszczególnych mieszkańców, z drzewami owocowymi, krzewami i grządkami. Blisko, lecz po przeciwnej stronie ulicy pozostały ruiny jedynego zburzonego domu, który nie został jeszcze wówczas odbudowany i w niebezpieczny sposób przyciągał wszystkie okoliczne dzieciaki. Prócz tego wiele nieużytków, podwórek, parkanów i przejść tworzyło klimat trochę jakby z powieści o przygodach Toma Soyera... nawet Czerwoni też tam kręcili, choć chyba nie Indianie. Na krawędzi chodnika w dość niewielkiej odległości od siebie były umiejscowione ozdobne i czynne, używane cały czas latarnie gazowe. W połowie drogi były dwie wodne duże pompy ręczne, będąca źródłem wody pitnej z głębinowego ujęcia na wypadek awarii wodociągu. Miały one postać dość wysokiej, bardzo ozdobnej, żeliwnej kolumny z dużą dźwignią do pompowania i wypływem wody w formie smoczej paszczy, były wykonane z ozdobnego odlewu żeliwnego pomalowanego wówczas jeszcze na zielono, z herbem Miasta – Gryfem Pomorskim, widocznym z każdej strony. Tak było do roku 1970/71, gdy wszystko się nagle zmieniło...
Prócz latarni, obie strony drogi dla pojazdów obsadzone były ogromnymi drzewami, zapewne co najmniej stuletnimi, które swymi koronami tworzyły nad jezdnią jakby tunel o wysokim, półokrągłym sklepieniu, oczywiście z drugiej strony tworząc także baldachim nad chodnikiem. Latarnie gazowe zapalała „dyżurna” pani w obcisłych spodniach i kurtce, jeżdżąca na starym rowerze, ze sporą zapalniczką benzynową i dość długą tyczką drewnianą prawie trzymetrowej długości. Była chyba dumna ze swojego zadania, może lubiła swoją pracę i zapewne – jak wszystkie panie w okolicy – lubiła dzieci, więc pozwalała przyglądać się na swoje dzieło, z czego i ja skwapliwie korzystałem.
Otóż tyczka miała na końcu metalową obsadkę, jakby lampkę oliwną z knotem sznurkowym, a obok niego – niewielki wystający haczyk. Pani zapalała knot benzynową zapalniczką, po czym unosiła tyczkę w stronę klosza latarni w którym były odpowiednie żarniki, haczykiem przesuwała małą dźwignię pod kloszem obok tychże żarników – włączając w ten sposób dopływ gazu do lampy i palącym się knotem zapalała gaz. Następnie szybko opuszczała tyczkę, gasiła knot i wsiadała na swój poniemiecki stary rower – jadąc do następnej latarni i tak przez całą ulicę po jednej jej stronie, a wracając – po drugiej. Maluchy przyglądały się jej jak urzeczone, a ona najwyraźniej bardzo to lubiła. Zapalona latarnia gazowa miło szumiała, dając raczej niewiele światła i to jasnego jedynie w promieniu 2 – 3 metrów, ale ogólnie oświetlenie to pozwalało przejść swobodnie chodnikiem do domu nawet w bezksiężycową noc, tym bardziej że świeciły i światła z okien i lampy elektryczne zamontowane już wtedy nad wejściami do kamienic. Za to przy pełni księżyca, jego światło płynnie łączyło się ze światłem gazowych latarni, dając efekt nie do zapomnienia.
W naszym ogrodzie na zapleczu domu rosła stara jabłoń, szczepiona przez dawnego lokatora lub może właściciela, widocznie ogrodnika z zawodu lub zamiłowania, dająca owoce o niezwykle oryginalnym, niepowtarzalnym smaku i zapachu powstałym z połączenia różnych odmian. Drugim niezapomnianym zapachem był dym palonych chwastów zbieranych nie tylko jesienią na tych ogrodach i snujący się czasem po okolicy, niezwykle charakterystyczny i wcale nie przykry zapach, który czasami da się jeszcze teraz spotkać na przydomowych ogródkach. Zawsze będzie mi przypominał dzieciństwo i tę ulicę...
Efektem takiej nawierzchni drogi było zapewne to, że kierowcy samochodów osobowych, wówczas już marki FSO Warszawa, bardzo rzadko przejeżdżali tamtędy, bojąc się pewnie o zawieszenia i resory, a jeśli już musieli – to były to taksówki miejskie marki Warszawa. Samochody większe także prawie tam nie jeździły, węgiel do ogrzewania domów dostarczał pewien starszy jegomość, podjeżdżając wozem konnym pod poszczególne domy, można także było iść z wiaderkiem do składu tak zwanego "węglarza" przy pobliskiej ulicy, który sprzedawał węgiel – najczęściej w postaci brykietu – w mniejszych ilościach, np. wiaderko... Przejazd samochodu tą ulicą był więc ewenementem i może dzięki temu panowała tam cisza, a w nocy – cisza wręcz dzwoniąca cichutko w uszach. Rodzice czasami wychodzili gdzieś razem i przykazywali nam o odpowiedniej godzinie iść spać samodzielnie, ale my – oczywiście baraszkowaliśmy niemalże do samego ich powrotu, mając pewność, że odgłosy tegoż powrotu odpowiednio wcześnie nas ostrzegą. Nocą przy zamkniętych oknach z łatwością można było usłyszeć, kiedy podjeżdża taksówka, kiedy zatrzaskują się jej drzwiczki i pojazd rusza, odjeżdża; potem – usłyszeć niezwykle charakterystyczny odgłos stuku pantofelków – szpileczek Mamy na kamiennych płytach chodnika, następnie na ścieżce do wejścia; wtedy oczywiście już wszyscy byliśmy w łóżeczkach, a światło było zgaszone. Zgrzyt zamka otwieranych drzwi... i wreszcie ostatnim dźwiękiem jaki słyszałem, był głos Mamy zaglądającej do pokoju i szepczącej do Ojca: no widzisz, jak ładnie śpią, a ty się tak martwiłeś... po czym – już bezpieczny i zmęczony – zazwyczaj faktycznie natychmiast zasypiałem.
Wieczorami z dwóch stron rozlegały się dzwony pobliskich kościołów, łączące się ze zmierzchem i zapalającymi się w oknach światłami. Ten obraz utkwił mi w pamięci na zawsze: zmierzch, szybko ciemniejący granat nieba, dzwon-sygnaturka z dawnego kościoła protestanckiego a obecnie już katolickiego oraz dzwony położonej na przeciwnym końcu ulicy Cerkwi Prawosławnej; na jej kopule jednocześnie zapalały się i gasły światełka podświetlające wielki prawosławny krzyż. Z zapadającym zmierzchem jaśniały kolorowe prostokąty okien, zasłoniętych różnokolorowymi zasłonkami, podświetlonymi od wewnątrz zapalonym w mieszkaniach światłem...
Czasem przyjeżdżał też Pan Ślusarz. Piszę „przyjeżdżał”, choć może raczej przychodził ...? No powiedzmy: przybywał – a problem w tym jak nazwać sposób poruszania się jego warsztatu pracy. Było to coś w rodzaju szafki na taczkach z dwoma kółkami z przodu a dwiema sporymi „rączkami” z tyłu za które – unosząc lekko i podjeżdżając do przodu, fachowiec przemieszczał swoje urządzenie, warsztat. A na wierzchu było imadełko i tarcza szlifierska napędzana mechanizmem nożnym jak to kiedyś w starych maszynach do szycia Singer bywało. Pan ślusarz podjeżdżał w ten sposób pod dom i uderzał kilkakrotnie młoteczkiem w zawieszoną tam sztabkę stali z jakiegoś złamanego resoru oraz wołał głośno: „noże ostrzę, nożyczki...”, „noże ostrzę, nożyczki”... Mamy wówczas wysyłały do niego dzieci ze „sprzętem” do naostrzenia i kilkoma drobnymi monetami a dzieciaki obserwowały bacznie, jak Pan ślusarz ostrzy nożyczki, a przy okazji sprawdzi, posmaruje – gdzie trzeba, dokręci śrubkę... i podjedzie do kolejnych domów, skąd dobiegał coraz cichszy ten odgłos dzwonienia i jego „zawołanie”.
Blisko był Park, w którym spędzałem czas po szkole, w którym starszy brat wsadził mnie kiedyś po raz pierwszy na wielki niemiecki rower „Mifa” i popchnął... a dalej radź sobie sam... Wielki i piękny park podarowany niegdyś przez właściciela Johannesa von Quistorp mieszkańcom miasta. Park, w którym odbywały się też lekcje szkolne; nie tylko przyrody, biologii, ale i plastyki, rysunku, a także czasami nawet wychowania fizycznego, mimo że szkoła miała własne boisko
Świat w przeciwnym kierunku znany był natomiast głównie co do rozlokowania sklepów, w których Mama kazała robić zakupy – w ramach obowiązków domowych. Był tam sklep spożywczy "Robotnik", cukiernia pana Olejnika lub nieco dalej Pana Kamińskiego, wspomniany już punkt "U węglarza" - gdzie się kupowało węgiel na kilogramy, oczywiście "Społem", a przy sąsiedniej ulicy, a właściwie prawie na rogu – sklep warzywny w przyziemiu, w którym kupowało się większość warzyw i owoców, ale przede wszystkim było tam coś dla nas: lizaki, kolorowe groszki, oranżada w proszku, landrynki, kukułki, białe i szare myszki z twardej galaretki obtoczone w cukrze, a także kruche ciasteczka, które nazywaliśmy „klawiszami” – od ich niezwykłego podobieństwa do klawiszy naszego pianina. Właścicielka, osoba dość – jak byśmy dziś powiedzieli – puszysta, też chyba lubiła dzieci, podobnie jak i inna pani, z baru „mlecznego” tuż przy szkole, więc cierpliwie i niezbyt chyba dokładnie liczyła ściskane w dziecięcych rączkach groszaki – tak aby zawsze wyszło na to, że jest odpowiednia „kwota” i należy się „klientowi” lizak lub landrynki... troszkę chyba do tego dokładała... kiedyś jednak wychodząc ze swojego sklepu, zobaczyła na środku jezdni przerażone dzieci idące właśnie do niej i pędzącą na nie wielką ciężarówkę "Star" – z cementem, wiec niewiele myśląc wybiegła na jezdnię i w ostatnim ułamku sekundy wypchnęła dzieci sprzed maski samochodu, sama zostając na ich miejscu...
W barze mlecznym przy szkole także zawsze na długiej przerwie można było dostać kubek gorącego mleka. Były to półlitrowe masywne, wysokie i rozszerzające się ku górze, białe porcelitowe lub fajansowe ciężkie "kubasy" o grubych ściankach – dobrze trzymające ciepło. Kosztowała taka porcja gorącego mleka chyba 50 groszy, ale jak dziecko miało mniej – także najczęściej nie odchodziło od lady bez kubka gorącego mleka... czas dochodzenia do normalności, skutkując wyżem demograficznym – sprzyjał powszechnym postawom opiekuńczym wobec dzieci i dopiero "komuna" zniweczyła to pozytywne zjawisko. Powszechnie spotykana miłość do dzieci, do wszystkich dzieci – nie tylko "swoich", odruch opieki i pomocy wobec każdego dziecka, nieobojętność – były pewnie naturalną reakcją po zakończonej przecież niedawno, ale wciąż wspominanej wojnie.
Ulica stawała się miejscem spotkań towarzyskich sąsiadów o północy w chwili, gdy przychodził nowy rok, bywała teatrem zmagań małych Indian i kowbojów z pobliskich domów, tajemniczych wybuchów petard lub kanonady z "korkowców" jak nazywano rewolwery do zabawy strzelające ze specjalnych kapiszonów. Była miejscem pierwszych magicznych doświadczeń fotograficznych w ciemni urządzonej w łazience jednego z chłopców, gdy zauroczeni "fotografowie" wpatrywali się w pierwsze ślady obrazu "cudownie" powstającego na papierze fotograficznym zanurzonym w wanience z wywoływaczem, albo miejscem fascynującego poszukiwania tego jedynego najlepszego punktu, w którym igła detektora germanowego dawała najlepszy dźwięk amatorskiego, własnoręcznie wykonanego radioodbiornika długofalowego na stację Warszawa I. Moja ulica trwała tak przez całe dzieciństwo niezmieniona, jakby magiczne, zaklęte miejsce poza czasem i historią – aż do roku 1971, gdy dzięki „Gierkowskim” pożyczkom znalazły się pieniądze na inwestycje. Wtedy stare drzewa wycięto, a na ich miejsce posadzono młode sadzonki, latarnie zastąpiono elektrycznymi, wylano asfalt... tak skończyło się moje dzieciństwo, ale rozpoczął okres nie mniej ciekawy, choć już w innym miejscu naszego Miasta. W mojej pamięci na zawsze jednak pozostanie tamta cicha, spokojna ulica mojego dzieciństwa. Ulica szczęśliwa. Ojczyzna duszy.
Paweł Antoni Baranowski 2003

Komentarze
Prześlij komentarz