Paweł Antoni Baranowski; „Moja wina”

Paweł Antoni Baranowski




Moja wina


Blask świtu oczy me otwiera,
lecz wieczność całą ciemno było.
Po nocy – wreszcie ciemność pierzcha:
Czyżby znów... dobro... zwyciężyło?

Pełga iskierką w oczach ludzi.
W dziecięcych oczach – ogniem płonie,
więc jest! Choć osaczony mrokiem
ocalić go nie byłem w stanie,
bo się zapadłem w grób rozpaczy,
ciemny i straszny jak zwątpienie,
i zagubiłem się w ciemności.
Przeszłość przeszyła mnie swym cieniem.

Więc przystanąłem – z płaczem w sercu,
myślą błagając: ratuj Panie!
Wtem usłyszałem szept aniołów
przede mną; brzask – jakby świtanie?
A dalej wielkie pola jasne,
przykryte śniegiem i bezrzeczne.
Pobiegłem, kryjąc łzy serdeczne,
bo Miła tam czekała na mnie.

I zawierzyłem jej bez granic.
Samotną zapomniałem mękę.
A śnieg się topił pod stopami,
Gdy prowadziła mnie za rękę.
Czy mamy kwitnąć?... Pod tym śniegiem?
Kwiaty pytały mnie – zdumione!
Ja ostrzegałem: zaczekajcie!
Niebo jest jeszcze zachmurzone!

Gdy myśli smutne chłód przywiały,
chmury płakały białym pyłem.
Usta się nasze spotykały.
Lecz kwiatów tym... nie ocaliłem.


Paweł Antoni Baranowski   2010

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Paweł Antoni Baranowski; "Dzień pocałunków" - próba powrotu do uczuciowości i estetyki poezji romantycznej.

Paweł Antoni Baranowski; Ta chwila...